Czy można spotkać Boga… prowadząc skazańca na egzekucję? Są święci, których nawrócenie rozpoczęło się od przeczytania Pisma Świętego. Inni odnaleźli Chrystusa dzięki gorliwej modlitwie, spotkaniu z wyjątkowym kapłanem albo doświadczeniu cudu. Niezwykła historia św. Augustyna Zhao Ronga i 120 Męczenników Chińskich.
Historia św. Augustyna Zhao Ronga jest jednak zupełnie inna.
Jest jednym z nielicznych świętych, których droga do świętości rozpoczęła się od… eskortowania człowieka skazanego na śmierć.
Nie był wtedy chrześcijaninem.
Nie znał Ewangelii.
Nie należał do Kościoła.
Był żołnierzem cesarskiej armii dynastii Qing – zwykłym oficerem wykonującym rozkazy.
Pewnego dnia powierzono mu zadanie doprowadzenia francuskiego biskupa misyjnego, Jeana Gabriela Taurina Dufresse’a, na miejsce egzekucji.
Nie wiemy, o czym rozmawiali podczas tej ostatniej drogi.
Źródła historyczne nie zachowały ani jednego słowa ich rozmowy.
Wiemy jednak coś znacznie ważniejszego.
Młody żołnierz zobaczył człowieka, który szedł na śmierć z niezwykłym pokojem.
Bez nienawiści.
Bez rozpaczy.
Bez błagania o litość.
To świadectwo okazało się silniejsze niż jakiekolwiek kazanie.
Augustyn Zhao Rong zaczął interesować się chrześcijaństwem.
Przyjął chrzest.
Kilka lat później został kapłanem.
A w 1815 roku sam poniósł śmierć męczeńską za tę samą wiarę, której kiedyś pilnował jako strażnik cesarskiego więźnia.
Historia zatoczyła niezwykłe koło.
Najpierw prowadził męczennika.
Później sam został poprowadzony na miejsce własnej egzekucji.

Dziś Kościół wspomina niezwykłych świadków wiary
Każdego roku 9 lipca Kościół katolicki obchodzi wspomnienie liturgiczne św. Augustyna Zhao Ronga, prezbitera, oraz Towarzyszy – 120 Męczenników Chińskich. To wyjątkowa grupa świadków wiary, których losy rozciągają się na niemal trzy stulecia – od połowy XVII wieku aż do początku XX wieku.
Nie byli jedną wspólnotą ani nie zginęli tego samego dnia. Nie wszyscy znali się osobiście. Dzieliły ich lata, miejsca, języki i pochodzenie.
Łączyło ich jednak coś znacznie ważniejszego.
Miłość do Chrystusa silniejsza od lęku przed śmiercią.
Wśród nich byli biskupi i misjonarze, ale także zwykli świeccy: ojcowie rodzin, matki, katechiści, rolnicy, rzemieślnicy, wdowy, młodzi ludzie, a nawet dzieci. Byli zarówno Chińczykami, jak i misjonarzami, którzy przybyli z Europy, by głosić Ewangelię mieszkańcom Państwa Środka.
Nie wszyscy ponieśli śmierć w ten sam sposób.
Jedni zostali ścięci.
Inni uduszeni.
Jeszcze inni zginęli podczas brutalnych prześladowań w czasie powstania bokserów.
Każdy z nich mógł ocalić życie.
Wystarczyło wyrzec się Chrystusa.
Nie zrobili tego.
Dlatego Kościół czci ich dziś jako świętych.
Dlaczego warto poznać ich historię?
Dla wielu europejskich chrześcijan Chiny wydają się odległym krajem – zarówno geograficznie, jak i kulturowo. Tymczasem dzieje tamtejszego Kościoła należą do najbardziej poruszających kart historii chrześcijaństwa.
To historia odwagi, niezłomności i wiary, która dojrzewała w cieniu prześladowań.
To również opowieść o ludziach, którzy nie odpowiadali przemocą na przemoc, lecz miłością na nienawiść.
W świecie, w którym coraz częściej mówi się o kompromisach, wygodzie i dostosowywaniu wiary do oczekiwań otoczenia, świadectwo Męczenników Chińskich przypomina prostą, ale wymagającą prawdę:
Są wartości, dla których warto oddać wszystko.
I właśnie dlatego ich historia, choć rozpoczęła się setki lat temu na drugim końcu świata, pozostaje zadziwiająco aktualna również dzisiaj.
Chiny – imperium, które przez wieki nie ufało obcym
Aby zrozumieć historię św. Augustyna Zhao Ronga i jego towarzyszy, trzeba najpierw przenieść się do dawnych Chin.
Było to jedno z największych i najpotężniejszych imperiów świata. Państwo Środka, jak sami Chińczycy określali swój kraj, szczyciło się tysiącletnią kulturą, rozwiniętą administracją, filozofią Konfucjusza i głęboko zakorzenionymi tradycjami religijnymi. W oczach cesarskiego dworu Chiny były centrum cywilizacji, a wszystko, co przychodziło z zewnątrz, budziło podejrzliwość.
To właśnie do takiego świata zaczęli przybywać chrześcijańscy misjonarze.
Nie przyjeżdżali jako zdobywcy ani żołnierze.
Przywozili jedynie Ewangelię.
Jednym z najbardziej znanych był włoski jezuita Matteo Ricci (1552–1610), człowiek niezwykłej mądrości i kultury. Zamiast narzucać Europejczykom znany sposób życia, postanowił najpierw poznać Chińczyków. Nauczył się języka, studiował klasyczne dzieła chińskiej filozofii, ubierał się jak uczony mandaryn i prowadził dialog z elitami cesarstwa. Dzięki swojej wiedzy z zakresu matematyki, astronomii i kartografii zyskał ogromny szacunek na cesarskim dworze.
Ricci doskonale rozumiał, że Ewangelia nie jest związana z jedną kulturą. Może zakorzenić się wszędzie tam, gdzie człowiek szuka prawdy.
Przez pewien czas wydawało się, że chrześcijaństwo znajdzie w Chinach swoje miejsce.
Powstawały wspólnoty wiernych.
Budowano kościoły.
Coraz więcej Chińczyków przyjmowało chrzest.
Niestety, ten okres względnego pokoju nie trwał długo.
Od życzliwości do prześladowań
Sytuacja zaczęła się zmieniać na początku XVIII wieku.
W Europie wybuchł spór dotyczący tzw. rytów chińskich. Pojawiło się pytanie, czy nowo ochrzczeni Chińczycy mogą nadal oddawać tradycyjną cześć swoim przodkom oraz uczestniczyć w niektórych obrzędach konfucjańskich. Dla wielu mieszkańców Chin nie były to praktyki religijne w ścisłym znaczeniu, lecz wyraz szacunku wobec rodziny i przodków.
Jednak w Rzymie uznano wówczas, że część tych obrzędów jest nie do pogodzenia z wiarą chrześcijańską. Decyzje papieskie z początku XVIII wieku doprowadziły do tzw. sporu o ryty chińskie. Cesarz, który wcześniej patrzył na misjonarzy przychylnie, uznał, że zagraniczna religia zaczyna ingerować w tradycję i porządek państwa.
Zaufanie prysło.
Chrześcijaństwo zaczęto postrzegać jako zagrożenie dla jedności cesarstwa.
W kolejnych latach wydawano dekrety ograniczające działalność misjonarzy. Wielu z nich zostało wydalonych z kraju. Kościoły zamykano lub burzono. Chrześcijanie zaczęli spotykać się potajemnie, często nocą, w prywatnych domach lub ukrytych kaplicach.
Wyznawanie Chrystusa stawało się coraz bardziej niebezpieczne.
Cena wierności Ewangelii
Prześladowania nie miały jednego przebiegu ani jednej przyczyny. W różnych regionach Chin wyglądały inaczej, ale cel pozostawał ten sam – zmusić chrześcijan do porzucenia wiary.
Aresztowania często rozpoczynały się od donosu sąsiadów.
Żołnierze przeszukiwali domy, szukając krzyży, obrazów Matki Bożej, ksiąg religijnych czy naczyń liturgicznych. Samo posiadanie takich przedmiotów mogło stać się dowodem przynależności do Kościoła.
Zatrzymanych prowadzono przed lokalnych urzędników.
Nie oczekiwano od nich długich wyjaśnień.
Wystarczyło wykonać prosty gest.
Podeptać krzyż.
Spalić wizerunek Chrystusa.
Złożyć ofiarę przed tabliczką poświęconą bóstwom lub duchom przodków – nie jako wyraz rodzinnego szacunku, lecz jako publiczne wyparcie się wiary.
Ci, którzy się zgadzali, odzyskiwali wolność.
Ci, którzy odmawiali, narażali się na więzienie, tortury, wygnanie lub śmierć.
Wśród nich byli zarówno zagraniczni misjonarze, jak i chińscy kapłani oraz świeccy. Wielu z nich wiedziało, że pozostanie wiernym Chrystusowi oznacza utratę wszystkiego: majątku, rodziny, dobrego imienia, a często także życia.
Mimo to nie wyrzekli się swojej wiary.
Kościół rodził się z odwagi zwykłych ludzi
To właśnie tutaj warto zatrzymać się na chwilę.
Kiedy słyszymy słowo „męczennik”, często wyobrażamy sobie wielkich świętych, biskupów lub znanych misjonarzy.
Tymczasem większość spośród 120 Męczenników Chińskich stanowili ludzie, o których świat prawdopodobnie nigdy by nie usłyszał.
Byli wśród nich rolnicy uprawiający ryż.
Matki wychowujące dzieci.
Rzemieślnicy.
Katechiści uczący modlitwy w małych wiejskich wspólnotach.
Starcy.
Młodzież.
A nawet kilkuletnie dzieci.
Ich imiona nie trafiły do podręczników historii dlatego, że dokonali wielkich odkryć czy wygrali bitwy.
Zapamiętano je dlatego, że pozostali wierni.
Do końca.
To przypomina jedną z najgłębszych prawd Ewangelii: świętość nie zaczyna się od niezwykłych czynów, ale od codziennej wierności Bogu. Wielkie świadectwo rodzi się z małych decyzji podejmowanych każdego dnia – z modlitwy, uczciwości, przebaczenia i odwagi, by nie zaprzeć się Chrystusa, nawet wtedy, gdy wymaga to ofiary.

Żołnierz, który miał pilnować skazańca
Nie znamy dokładnej daty narodzin Augustyna Zhao Ronga.
Historycy przypuszczają, że przyszedł na świat około 1746 roku w prowincji Kuejczou (dzisiejsze Guizhou), położonej w południowo-zachodnich Chinach. O jego dzieciństwie wiemy bardzo niewiele. Nie zachowały się wspomnienia rodziny ani opisy pierwszych lat życia. Nie znamy nawet jego pierwotnego imienia sprzed chrztu.
I właśnie ta cisza źródeł jest wymowna.
Augustyn Zhao Rong nie był cesarzem, uczonym ani bohaterem kronik. Był jednym z tysięcy zwykłych mieszkańców ogromnego imperium Qing. Prawdopodobnie, jak wielu młodych mężczyzn jego epoki, wybrał służbę wojskową. Został żołnierzem cesarskiej armii – człowiekiem zobowiązanym do bezwzględnego wykonywania rozkazów.
Nie przypuszczał, że pewnego dnia jeden z tych rozkazów odmieni całe jego życie.
Spotkanie, którego nie da się zapomnieć
Pod koniec XVIII wieku w Chinach trwały kolejne fale prześladowań chrześcijan. Władze cesarskie uważały działalność misjonarzy za zagrożenie dla porządku państwa. Wielu z nich aresztowano, przesłuchiwano i skazywano na śmierć.
Wśród nich znalazł się francuski misjonarz z Paryskiego Towarzystwa Misji Zagranicznych, biskup Jean Gabriel Taurin Dufresse. Od wielu lat głosił Ewangelię w Chinach. Wiedział, że pozostanie oznacza ogromne ryzyko, ale nie chciał opuszczać powierzonych sobie wiernych.
W 1815 roku został schwytany.
Zapadł wyrok.
Śmierć przez ścięcie.
Jednym z żołnierzy wyznaczonych do eskortowania skazańca był właśnie Augustyn Zhao Rong.
To wydarzenie stało się punktem zwrotnym jego życia.
Kazanie bez słów
Nie zachował się zapis rozmowy pomiędzy żołnierzem a biskupem.
Nie wiemy, czy zamienili choć jedno zdanie.
Nie wiemy, czy Dufresse próbował go ewangelizować.
Nie wiemy, czy mówił o Chrystusie.
Źródła historyczne milczą.
Ale przekazują coś znacznie ważniejszego.
Augustyn Zhao Rong został głęboko poruszony postawą skazańca.
Biskup nie szedł na śmierć jak człowiek pokonany.
Nie przeklinał swoich oprawców.
Nie błagał o litość.
Nie wyrzekał się wiary.
Szedł z pokojem.
Z ufnością.
Z godnością.
To właśnie to świadectwo stało się najpiękniejszym kazaniem.
Bez ambony.
Bez mikrofonu.
Bez tłumów.
Było to kazanie wygłoszone życiem.
A właściwie… śmiercią.
Nie sposób nie przypomnieć sobie słów św. Franciszka z Asyżu:
„Głoście Ewangelię zawsze, a jeśli będzie trzeba, używajcie także słów.”
Choć historycy zwracają uwagę, że autentyczność tego cytatu jest dyskutowana, jego sens doskonale oddaje to, co wydarzyło się między Dufressem a Zhao Rongiem.
To nie słowa przekonały żołnierza.
To świadectwo.
Świadectwo, które rodzi wiarę
Historia Kościoła zna wiele spektakularnych nawróceń.
Święty Paweł spotkał Chrystusa pod Damaszkiem.
Święty Augustyn usłyszał tajemnicze wezwanie: „Weź i czytaj.”
Święty Ignacy Loyola nawrócił się podczas długiej rekonwalescencji.
Natomiast droga Augustyna Zhao Ronga rozpoczęła się od spotkania z człowiekiem, który nie bał się umrzeć za Jezusa.
Jak wielkie musiało być to świadectwo, skoro żołnierz cesarskiej armii zaczął zadawać pytania o religię, którą jeszcze niedawno uważał za niebezpieczną?
Kim jest Chrystus, dla którego warto oddać życie?
Skąd bierze się taki pokój serca?
Co daje człowiekowi odwagę wobec śmierci?
Na te pytania nie odpowiedziała filozofia.
Odpowiedział przykład.
Od żołnierza do ucznia Chrystusa
Po śmierci biskupa Dufresse’a Augustyn Zhao Rong zaczął poznawać chrześcijaństwo. Spotykał się z wiernymi, poznawał naukę Kościoła i stopniowo dojrzewał do decyzji, która całkowicie odmieniła jego życie.
Przyjął chrzest.
Na jego cześć otrzymał imię Augustyn – prawdopodobnie nawiązujące do wielkiego Ojca Kościoła, św. Augustyna z Hippony, który również przeszedł długą drogę poszukiwania prawdy.
Nie poprzestał jednak na byciu wiernym świeckim.
Rozpoznał w sobie powołanie do kapłaństwa.
Po odpowiednim przygotowaniu został wyświęcony na prezbitera.
Jakże niezwykła jest ta przemiana.
Jeszcze niedawno służył cesarzowi.
Teraz całe swoje życie oddał Królowi królów.
Jeszcze niedawno wykonywał rozkazy ziemskiej władzy.
Teraz głosił Ewangelię Chrystusa.
Jeszcze niedawno prowadził skazańca.
Teraz sam prowadził ludzi do Boga.
Bóg pisze prosto po ludzkich drogach
Historia Augustyna Zhao Ronga przypomina nam jedną z najpiękniejszych prawd chrześcijaństwa.
Pan Bóg nie wybiera wyłącznie ludzi doskonałych.
Nie szuka tych, którzy nigdy nie popełnili błędów ani nie błądzili.
Patrzy głębiej.
Patrzy na serce.
Kto mógł przypuszczać, że żołnierz wyznaczony do eskortowania chrześcijańskiego biskupa stanie się kiedyś kapłanem Kościoła?
A jednak właśnie tak działa łaska.
Tam, gdzie człowiek widzi zwykły zbieg okoliczności, Bóg często przygotowuje początek nowej historii.
Może dlatego świadectwo św. Augustyna Zhao Ronga jest tak aktualne również dzisiaj.
Nigdy nie wiemy, kto patrzy na nasze życie.
Nigdy nie wiemy, dla kogo nasza cierpliwość, przebaczenie czy odwaga staną się pierwszym krokiem do spotkania z Chrystusem.
Jak pokazuje historia tego chińskiego świętego, czasem jedno autentyczne świadectwo potrafi zrobić więcej niż najpiękniejsze kazanie.
Kapłan, który nie zapomniał drogi na miejsce egzekucji
Po przyjęciu święceń kapłańskich Augustyn Zhao Rong wiedział doskonale, w jakich czasach przyszło mu żyć.
Nie miał złudzeń.
Nie był naiwny.
Jako były żołnierz cesarskiej armii znał mechanizmy działania władz. Wiedział, jak wyglądały aresztowania, przesłuchania i egzekucje chrześcijan. Sam przecież kiedyś uczestniczył w wykonywaniu podobnych rozkazów.
Być może właśnie dlatego jego decyzja o przyjęciu kapłaństwa była jeszcze bardziej heroiczna.
Nie wybierał bezpiecznego życia.
Nie wybierał kariery.
Nie wybierał szacunku świata.
Świadomie wybrał drogę, która mogła zakończyć się dokładnie tam, gdzie kiedyś zaprowadził biskupa Dufresse’a.
Kapłan w ukryciu
Praca duszpasterska w tamtym czasie przypominała bardziej działalność pierwszych chrześcijan niż spokojną posługę, jaką znamy dziś.
Msze Święte odprawiano potajemnie.
Sakramentów udzielano w ukryciu.
Chrześcijanie często spotykali się nocą, w domach wiernych, z dala od ciekawskich oczu i donosicieli.
Każde pukanie do drzwi mogło oznaczać koniec.
Kapłan nie wiedział, czy wróci do domu.
Rodzina nie wiedziała, czy zobaczy go ponownie.
A jednak Kościół w Chinach nie przestawał żyć.
Nie dzięki potędze.
Nie dzięki wpływom.
Nie dzięki pieniądzom.
Lecz dzięki wierze zwykłych ludzi.
Cena wierności
W 1815 roku prześladowania ponownie przybrały na sile.
Augustyn Zhao Rong został aresztowany.
Źródła historyczne nie przekazują szczegółowego opisu jego procesu ani ostatnich godzin życia. Wiadomo jednak, że został skazany za wyznawanie i głoszenie wiary chrześcijańskiej.
Dla władz cesarskich był przestępcą.
Dla Kościoła – wiernym kapłanem.
Dla swoich wiernych – pasterzem, który nie opuścił owczarni.
Zginął jako męczennik.
Oddał życie za Chrystusa.
Tak jak wcześniej uczynił to biskup, którego kiedyś prowadził na miejsce egzekucji.
Historia zatoczyła pełne koło.
Najpiękniejsze zwycięstwo
Patrząc po ludzku, Augustyn Zhao Rong przegrał.
Został aresztowany.
Skazany.
Zabity.
Ale Ewangelia uczy nas patrzeć inaczej.
Męczennicy nie przegrywają.
Oni zwyciężają.
Nie dlatego, że pokonują swoich prześladowców.
Lecz dlatego, że nie pozwalają, aby nienawiść zwyciężyła ich serca.
Święty Jan Paweł II podczas kanonizacji Męczenników Chińskich 1 października 2000 roku powiedział o nich:
„Kościół jest dziś wdzięczny Panu za ich wierne świadectwo. (…) Święci ci nie są hańbą dla narodu chińskiego, lecz zaszczytem dla niego.”
Papież wypowiedział te słowa z wielką delikatnością, podkreślając, że męczeństwo tych chrześcijan nie było oskarżeniem wobec Chin, lecz świadectwem tego, jak głęboko Ewangelia zakorzeniła się także w kulturze chińskiej.
Świętość, która nie zna granic
W historii Kościoła łatwo ulec złudzeniu, że święci pochodzą głównie z Europy.
Tymczasem Augustyn Zhao Rong przypomina nam coś niezwykle ważnego.
Świętość nie ma narodowości.
Nie zależy od koloru skóry.
Nie zależy od języka.
Nie zależy od kultury.
Chrystus przyszedł do wszystkich narodów.
Dlatego również w Chinach znalazł ludzi gotowych oddać za Niego wszystko.
Nie byli Europejczykami, którzy przywieźli wiarę.
Byli Chińczykami, którzy uczynili ją własną.
I właśnie dlatego ich świadectwo jest tak cenne.
Pokazuje, że Ewangelia nie niszczy kultur.
Ona je przemienia od środka.
„Jeśli ziarno pszenicy…”
Patrząc na życie św. Augustyna Zhao Ronga, trudno nie przywołać słów samego Jezusa:
„Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: jeżeli ziarno pszenicy, wpadłszy w ziemię, nie obumrze, zostanie tylko samo; lecz jeżeli obumrze, przynosi plon obfity.” (J 12,24)
Życie tego chińskiego kapłana było właśnie takim ziarnem.
Z pozoru zniknęło.
Zostało pogrzebane.
Ale jego świadectwo nie umarło.
Przetrwało prześladowania.
Przetrwało wieki.
Przetrwało cesarzy.
I dziś, ponad dwieście lat później, nadal inspiruje chrześcijan na całym świecie.
Dziś, gdy w wielu częściach świata chrześcijanie nadal doświadczają prześladowań, świadectwo św. Augustyna Zhao Ronga i jego 120 Towarzyszy pozostaje niezwykle aktualne. Ich historia przypomina nam, że wolność wyznawania wiary nie jest dana raz na zawsze, a odwaga uczniów Chrystusa wciąż pisze nowe karty historii Kościoła.
Na końcu pozostaje pytanie, które warto postawić również samemu sobie.
Jeśli spokojna postawa jednego skazanego potrafiła przemienić żołnierza w świętego, to…
jakie świadectwo pozostawiam po sobie ja?
Czy moje słowa, decyzje i codzienne wybory prowadzą innych bliżej Boga?
Czy ktoś, patrząc na moje życie, może dostrzec Chrystusa?
Bo być może największym cudem nie są spektakularne wydarzenia.
Być może największym cudem jest człowiek, którego ciche, wierne życie staje się dla drugiego drogą do Boga.
Niech wstawiennictwo św. Augustyna Zhao Ronga oraz 120 Męczenników Chińskich wyprasza nam odwagę, abyśmy – niezależnie od miejsca, czasu i okoliczności – potrafili być wiernymi świadkami Ewangelii. A jeśli kiedyś przyjdzie nam nieść krzyż, obyśmy czynili to z takim pokojem serca, aby nasze życie, podobnie jak życie tych świętych, stało się dla innych zaproszeniem do spotkania z Chrystusem.
Modlitwa do św. Augustyna Zhao Ronga i 120 Męczenników Chińskich
Święty Augustynie Zhao Rongu, który z żołnierza cesarskiej armii stałeś się gorliwym kapłanem Chrystusa, wyproś nam łaskę otwartego serca na Boże działanie. Naucz nas dostrzegać Boga nawet tam, gdzie najmniej się Go spodziewamy, i odważnie odpowiadać na Jego wezwanie.
Święci Męczennicy Chińscy, którzy nie wyrzekliście się Chrystusa mimo prześladowań, cierpienia i grożącej wam śmierci, umacniajcie naszą wiarę, abyśmy również my potrafili dochować wierności Ewangelii w codziennych doświadczeniach.
Wypraszajcie pokój dla Kościoła w Chinach i we wszystkich krajach, gdzie chrześcijanie nadal cierpią z powodu swojej wiary. Otaczajcie opieką misjonarzy, kapłanów, osoby konsekrowane i wszystkich świeckich głoszących Dobrą Nowinę aż po krańce świata.
Niech przykład waszego życia przypomina nam każdego dnia, że największą siłą chrześcijanina nie jest przemoc ani władza, lecz miłość silniejsza od nienawiści i wiara mocniejsza od lęku.
Święty Augustynie Zhao Rongu i Święci Męczennicy Chińscy – módlcie się za nami.
Amen.
