Nie planowałem niczego wielkiego. To nie był dzień wyjątkowy. Ot, zwykły czwartek. Ale w pewnym momencie dnia, coś w sercu się poruszyło. Spontanicznie, cicho, a jednocześnie wyraźnie – jak zaproszenie. Myśl: „Idź dziś do kapliczki Maryi. Z różańcem. Weź św. Rafkę.”
Nie miałem tego w planach. Nie ustalałem godziny. Nie sprawdzałem, o której będzie zachód słońca. Po prostu, gdzieś około 20:00, wyszedłem z domu. I szedłem, z różańcem w dłoni i modlitewnikiem „Nabożeństwo do św. Rafki” – tej mojej ukochanej świętej, bliskiej duszy, przewodniczce. Mojej duchowej terapeutce.
Szedłem w stronę przeszklonej kapliczki Maryi – tej przydrożnej, odnowionej, z ławeczką dla przechodnia i miejscem na chwilę ciszy. Kiedy przyjeżdżam tu, do rodziny w odwiedziny, zacząłem ją zauważać, od pewnego czasu. Nie spodziewałem się jednak, że właśnie podczas tego, aktualnie, pobytu tu, na Podkarpaciu, będę się do niej wybierał, „na ławeczkę z Maryją”.
Nie spodziewałem się, nie zakładałem niczego, co miałoby się wydarzyć – ani pięknego nieba, ani jeszcze bardziej niezwykłego spotkania…
Ale niebo miało swój plan.
Po drodze zauważyłem coś pozornie zwyczajnego: bociany. Stojące dumnie na lampach, jak strażnicy wiejskiej drogi. Tak, przyznaje, fascynują mnie. W locie, coś pięknego. Tu, na Podkarpaciu, chyba jest ich kumulacja. Upodobały sobie ten rejon, a szczególnie tu, gdzie właśnie jestem – Zdżary.
A kto „zna bociany”, ten wie – one potrafią godzinami tkwić nieruchomo w gnieździe. Owszem, szybują wysoko, dostojnie, ale aby zobaczyć ich start z gniazda – co mnie fascynuje najbardziej – ten majestatyczny moment, gdy rozkładają skrzydła i odbijają się od ziemi – trzeba mieć szczęście.
Albo… zostać zaproszonym przez niebo.
Zatrzymałem się. Wyjąłem telefon. Pomyślałem „a może teraz? Może się uda? Może wzbiją się dla mnie?” Z czystej wdzięczności, a może z intuicji – jakby moje serce wiedziało, że za chwilę wydarzy się coś więcej niż tylko lot ptaka…
I wtedy to się stało. Pierwsza lampa i bocian – tuż przede mną – majestatycznie rozpostarł skrzydła i wzbił się w niebo… dokładnie w stronę zachodzącego słońca. Dosłownie w momencie, kiedy nacisnąłem przycisk nagrywania, trzymając św. Rafkę i różaniec, w ręku…
Nieprawdopodobne? Zaskakująco trafne. Bo prawdopodobieństwo, że bocian wystartuje właśnie wtedy, gdy Ty tego chcesz i jeszcze to nagrasz – graniczy z cudem. A jednak…
Pomyślałem: „Panie, Maryjo, to już jest za dużo – dziękuję! Wystarczy!” Dostać taki prezent, na zawołanie, to aż nadto. Uwielbiam bociany i doczekać się, aby wzbiły się dla ciebie, graniczy z cudem. A tu, proszę! Dość! Starczy! Poezja! Dziękuję!!
Ale przecież niebo nie zna granic miłości. Wdzięczności!
Przechodzę dalej – druga lampa. Bocian. Serce mówi: „A może i tym razem…?” – i znów, jakby prowadzony niewidzialnym ruchem, ptak rusza do lotu. Przestrzeń milknie. Tylko skrzydła, pusta ulica, ja i zachód słońca. No bajka, po prostu!
To nie dzieje się naprawdę! A jednak!
Bo przecież nikt nie każe bocianowi lecieć. Tym bardziej nie w chwili, gdy spacerujesz, z różańcem w ręku. Ale on – startuje! Tak, właśnie wtedy, kiedy tak bardzo tego pragniesz, a zdarza się praktycznie nigdy…
Trzecia lampa. Kolejny bocian. I trzeci cud.
To już nie zbieg okoliczności. To jak znak pisany światłem, ruchem skrzydeł i ciszą wieczoru.
Zarejestrowałem to wszystko na filmie. Ale to, co najważniejsze – zarejestrowało się głębiej: w duszy.
Ten znak przyszedł, gdy moje serce – trochę znużone, trochę rozproszone – wracało do różańca. Do Maryi. Do św. Rafki. Po krótkiej przerwie – powrót. I ta odpowiedź – tak czuła, tak precyzyjna, tak… nie z tej ziemi.
Trzy lampy. Trzy loty. Trzy odpowiedzi z Nieba, w odpowiedzi na „TAK” mojego serca, dla różańca, tu i teraz!
Bocian 1 – to dopiero początek…
bocian 2 – runda honorowa
bocian 3 – najpiękniejsza puenta, w stronę zachodzącego słońca…
Usiadłem przy kapliczce. Było cicho. Sielankowa wiejska ulica, cisza wieczoru, cykanie świerszczy. A ja – z czerwonym różańcem w ręku – modliłem się, korzystając z dopowiedzeń i duchowych interpretacji mojej wspaniałej, św. Rafki. Jej słowa zawsze rezonują z moim sercem. Każde „Zdrowaś” miało głębię. Cisza była modlitwą.
W tym wszystkim, chodnikiem przeszło kilka osób. Ktoś szedł powoli – kobieta, mężczyzna. Mama z dziećmi z wolna, mijają mnie za plecami, na rowerach.
Nie wiem, czy ich coś w tym widoku poruszyło – może zaskoczyło? Może zdziwiło? Ale chcę wierzyć, że coś dotknęło ich serca. Choćby na chwilę.
Ah, to jeszcze nie koniec, tej opowieści, tego krótkiego spaceru, zdarzenia! Jeszcze coś się wydarzyło – coś z pozoru drobnego, dla większości z nas? Ale dla mnie niezwykłego.
Czarny pies, który zwykle biega luzem po okolicy, mieszkaniec pobliskiego domu – właśnie wtedy, gdy modliłem się przy kapliczce – przybiegł, przygląda się i…. postanowił zatrzymać się kilka metrów ode mnie. Warto dodać w tym miejscu, że „nie znamy się” z tym psem. A jak wiecie, psy biegające bez smyczy, po wsi… na widok obcego człowieka, zazwyczaj…..raczej nie są potulne i grzecznie, nie reagują.
Tak, przyznaje, bałem się trochę, w tym właśnie momencie. Pomyślałem nawet, że jeśli ten pies podbiegnie do mnie, z negatywnym przesłaniem, emocjami, to nie pozostanie mi nic innego, jak tylko wskoczyć przez ten mały płotek, do Maryi. Może to coś da (jakby pies nie mógł przeskoczyć przez płotek?). Każda myśl przeleciała mi wtedy przez głowę.
Również ta – Boże, Maryjo, niech się dzieje, co ma się dziać!
A co zrobił, ten właśnie, pies? Po prostu… położył się. Spokojnie. Bezszelestnie. Tak po prostu. Nie dowierzałem! Z doświadczenia z wolno biegającymi psami, po wsiach. Zdziwienie? Wielkie!
I przez niemal cały różaniec, tak sobie leżał i leżał. Nie, nie w trybie „ataku”. Po prostu się położył!
Czuwał? A może też, chciał być obecny…?
Gdy zbliżałem się do końca modlitwy, pies wstał i po prostu radośnie pobiegł do domu….
Zdziwienie goni zdziwienie, moje….
Jakby tego było mało, to jeszcze dziwniejszy – a może piękniejszy – był moment, w którym zbliżałem się do końca różańca. Byłem właśnie w trakcie ostatniej tajemnicy światła – Ustanowienia Eucharystii. I nagle… zapaliły się światełka solarne wokół kapliczki. No tak. Kolejny „przypadek”, prawda?
Jakby niebo mrugnęło światłem. Jakby powiedziało: „Skończyłeś. Jesteśmy.”

Ten moment, ba – to wszystko – był jak tchnienie. Duch Święty przemówił językiem stworzenia. Bocianami. Czarnym psem. Światłem. Ciszą.
Nie, to nie był przypadek. Nie w moim odczuciu. To był dar.
Dar nie dlatego, że zasłużyłem. Ale dlatego, że Bóg, Maryja – czasem odpowiadają, gdy się tego najmniej spodziewasz. Kiedy idziesz tylko po to, by być blisko. Bez oczekiwań. Z różańcem. Z prostym „chcę być z Tobą”.
📹 Nagrania tych trzech lotów udostępniam z serca – niech dotkną kogoś, może Ciebie – kto dziś potrzebuje znaku, światła, uśmiechu nieba.
🌅 Maryjo, dziękuję. Święta Rafko – wracam. Dziękuję, że jesteś.
🙏 Jeśli czujesz, że warto – udostępnij, pokaż innym. Niech ten wpis, te bociany, ten wieczór… przypomną komuś, że niebo nie jest daleko.
Czasem jest na przydrożnej lampie, która oświetla drogę. Czeka.
Aż spojrzysz w górę – aby rozświetlić Twoją drogę.
Moja – w sercu, na duchu – zapłonęła tego wieczoru!
Legenda, która wraca
Co ciekawe – w lokalnych przekazach i rozmowach starszych mieszkańców wsi od lat opowiadano o „bocianach na zawołanie”, które miały pojawiać się w tym miejscu w chwilach szczególnej modlitwy lub duchowego uniesienia.
Mało kto dziś o tym mówi głośno, ale może właśnie teraz ta historia ożywa? Może legendy nie znikają – tylko czekają, aż ktoś znów stanie pod kapliczką z różańcem?
W kolejnych dniach po wydarzeniu, miejsce to – dotąd spokojne i niemal puste – zaczęło przyciągać ludzi. Modlących się, w ciszy. Może to tylko zbieg okoliczności. A może – początek czegoś nowego.
📍Przydrożna kapliczka znajduje się na wysokości posesji Zdżary 97.


A jak Pan interpretuje ten znak? Jakoś szczególnie czy tylko tak jak Pan opisał?
nie wiedziałem, że istnieje „legenda – o bocianach na zawołanie”, dotycząca dokładnie tych stron, tej okolicy, tej wsi…. Dodałem ją, w ostatnim akapicie, na koniec.
No cóż, chciałem się tym podzielić, z serca, bo zdarzenie było rzeczywiście piękne, niecodzienne. A czy to „czysty zbieg okoliczności i szczęśliwych przypadków” czy coś może jednak innego…. – niech każdy z nas w zaciszu swojego serca rozpatrzy to, po swojemu 😉 pozdrawiam